
W Laboratorium DailyTECH.pl pojawił się dzisiaj gość niezwykły. Niezwykły z dwóch powodów: po pierwsze – poprzednik jego nigdy nie raczył nawet oficjalnie pojawić się w naszym nadwiślańskim kraju, po drugie – przybysza tego firmuje i otacza nadzwyczajną opieką samo Google. Nexus S, bo o nim to mowa, jest efektem ścisłej współpracy dwóch gigantów rynku telekomunikacyjnego. Samsung użycza platformy sprzętowej, Google zaś najnowsze oprogramowanie systemowe – Androida w odsłonie 2.3, zwanej (tradycyjnie „po ciasteczkowemu”) Gingerbread.
Już na samym starcie uczucia związane z Nexusem możemy mieć ambiwalentne. Z jednej strony cieszy sam fakt oficjalnego wprowadzenia smartfonu na nasz rynek, z drugiej zaś budzi wątpliwości obawa, czy premierowe urządzenie – jakby nie patrzeć, będące co najwyżej zmutowaną wersją Samsunga Galaxy S – nie odziedziczy, wraz z niewątpliwymi zaletami, także wad swego poprzednika.
Jakie zatem mamy, tak na gorąco, pierwsze wrażenia związane z urządzeniem? Samo opakowanie to dobra samsungowa tradycja – solidne, sztywne, bez wątpienia zapewniające telefonowi należny mu komfort podróżowania.
O ile wierzchnia strona nie zdradza użytkownikowi nazwy manufaktury, o tyle spód ujawnia całą prawdę prosto w oczy.
Oczywiście tajemnicy z faktu współpracy nikt nie robił, niemniej pamiętamy, że początkowo Google nie kwapiło się z ujawnieniem producenta ich nowego maleństwa. Tutaj trochę przesadziłem – Nexus S maleństwem nie jest, a z wagą 140 gramów wyraźnie góruje nad swym galaktycznym protoplastą.
Po wyjęciu z opakowania mieliśmy małe deja vu, gdzieś to już widzieliśmy. A no tak, przecież nawet kodowe oznaczenie telefonu – i9023 – czyni wyraźną aluzję do Galaxy S.
Oczywiście nie jest tak, że nic nas (już na starcie) mile nie zaskoczyło. Niewątpliwie imponuje ekran – podobnie jak w i9000 czterocalowy (i na szczęście w technologii SuperClear LCD, w związku z czym o wszystkich wadach matryc PenTile możemy zapomnieć), jednak tym, czym zaciekawia jest jego finezyjnie wygięta powierzchnia, która ponoć pozytywnie wpływa na ergonomię urządzenia.
Nie ma jednak róży bez kolców. Tylna pokrywa, która po Galaxy S odziedziczyła nie tylko barbarzyński sposób otwierania, ale także swą lichość, zaczyna zbierać rysy i mikroryski już od pierwszego położenia telefonu na stole. Można odnieść wrażenie, że na tafli plastiku ślady swych maleńkich robaczych stóp zostawiają nawet roztocza żerujące w kurzu.
A nie można było, drogi Samsungu, zatrudnić projektantów od modelu Ace, nie można było? Pozostając w zaklętych rewirach obudowy, już na pierwszy rzut oka zauważalne jest przeniesienie wyjścia słuchawkowego na sam dół urządzenia. Czy rozwiązanie te, w kontekście częstego umiejscawiania telefonu w „piersiastej” kieszeni koszuli, jest trafione? Polemizowałbym z tym.
Pozostawmy nieszczęsną klapkę i przejdźmy do wnętrza Nexusa S. Nie zaskakuje ono niczym szczególnym, może poza faktem, że ojcowie projektanci nie dali nam możliwości rozszerzenia pamięci smartfonu (co prawda dużej, bo pozwalającej na zapisanie niemal 16 gigabajtów danych) ani kartami microSD, ani żadnymi innymi – najzwyczajniej w świecie nowe dziecko Google’a pozbawione zostało slotu na takowe karty. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że producent się nie myli i to, co „fabryka dała” wystarczy nam na zawsze.
Warto jeszcze wspomnieć, że gdzieś tam, w tych solidnych „plasticzanych” trzewiach kryje się znany z modelu i9000 duet: jednogigahercowy Hummingbird wspierany przez dedykowany mu układ graficzny PowerVR SGX540.
Na zakończenie tej krótkiej notki rzućmy okiem do pozostałych skarbów, które przybywają w komplecie z samym telefonem.
W opakowaniu znajdziemy polskojęzyczną, skróconą instrukcję obsługi zawierającą między innymi opis procesu wyrywania pokrywy baterii, a także inny, tradycyjne już dla smartfonów utensylia: ładowarkę, kabel do transmisji danych, słuchawki dokonałowe i baterię o pojemności 1500 mAh.
Reszta wrażeń już niedługo w materiale wideo.
PS. Zachęcam do subskrypcji DailyTECH.pl na Blipie, Facebooku oraz YouTube :).















